z

sobota, 14 kwietnia 2018

Klient ma problem czyli co złego to ja.


           Jakiś czas temu, uznałem że pora jebnąć tym wszystkim w cholere i wyjechać w bieszczady... no może nie koniecznie tam, mój plan jednak zrewidował....horoskop. Tak dobrze czytacie - horoskop.Choć nie wierze w takie gówna, to wiele rzeczy zgadzało się ze stanem faktycznym.
Ów horoskop mi rzekł, że nie wiadomo ile bym w tym roku zapierdalał, na ilu etatach i w jakiej pracy....będę nadal biednym chujaszkiem. W związku z tym uznałem, że lepiej jest klepać biedę "na swoim" niż zaczynać wszystko od nowa za 1535 pierdolonych polskich gówno wartych cebunionów netto. Bo po cholere mam szukać sobie nowych wrogów skoro tu mam liczną rzeszę "wiernych fanów".



            Nie dawno odkryłem nową pasję klienteli, mianowicie obarczaniem mnie za swoje niepowodzenia życiowe. Otóż mam taką klientkę - Pani Cienkopis.
Pani Cienkopis ma w życiu przesrane, masę kredytów i ciężką pracę za grosze, grosze które są jej płacone jak wiatr zawieje. Jakiś czas przed wielkanocą, przybyła ona do mnie aby pożyczyć parę groszy, narzekała na brak kasy i wypadek syna, któremu samochód poprzestawiał gnaty (dużo zdrowia życzę). Przyniosła dokładnie 3,4 grama złota, próby dość marnej i zażyczyła sobie 250 zł. Pech tak chciał że ja mogłem dać jej jedynie 144 zł, Pani Cienkopis słysząc to, zaczęła mówić do mnie tonem.... delikatnie mówiąc pogardliwym z nutką żalu i goryczy. Święta idą dam jej 200 plnów, myśląc, "szkoda mi kobity niech ma coś z życia". Wydrukowawszy stosowny kwitek i wydawszy odpowiednie pieniądze, oczekiwałem że choć bez słowa opuści "mój" chlewik i da mi przedświąteczny kurwa spokój, ale nie - ów kobieta postanowiła wylać swój tusz, czytaj żale na mnie. Pan jesteś gnój, śmieć i nieżyczliwy kutas, mimo wszystko życzę panu wesołych świąt. Powiedziawszy to, pierdolnęła drzwiami na tyle mocno że w pierwszym momencie zacząłem zastanawiać się czy resztki mojego kręgosłupa moralnego się rozpadły, czy to tylko futryna drzwiowa wydała głoś przypominający "AŁA"....w sumie drzwiom czasem obrywa się bardziej niż mi.


             Nie dalej jak dziś, przyszła do mnie kobieta, z mega pretensjami że jej mąż Marokańczyk, jest nałogowym hazardzistą i  TO TEŻ BYŁA MOJA WINA, no ja pierdole II Wojna Światowa też nią była??

            Dobra od początku, kobita przyszła, chciała się dowiedzieć , czy jej mąż pozastawiał  u mnie rzeczy. Jej pech polegał na tym że ustawa o ochronie danych osobowych mówi jasno - ni chuja, nie masz prawa otworzyć japy nikomu kto nie jest upoważniony do odbioru zastawionych rzeczy. W takich sytuacjach idzie się do Pitbulów - nazewnictwo takie że co drugi "pies" u mnie na dzielni wygląda jak Stramowski....no cóż, najwidoczniej każdy chce być jak Majami i mieć swoją Olkę, która będzie mu robić kanapki z ogórkiem.
Jakby ktoś nie wiedział o co chodzi z ogórkiem - klik

           Wracając do tematu.
Po kulturalnym wyjaśnieniu potencjalnej poszkodowanej, jak sprawy stoją, wyżej wymieniona kobieta zaczęła drzeć bezceremonialnie po mnie swojego ryja "Taaaak, ja mam z tym nic nie robić, on niech przegrywa dalej kasę i okrada mnie i naszą córkę ze wszystkiego co mamy, a ty głupi chuju mu dajesz jeszcze na to pieniądze!!!".
Żal mi takich ludzi ale co ja mogę.... w związku z tym że jestem jedynie "elementem infrastruktury", tłumaczę tej babie jeszcze raz, ale już podniesionym głosem że ma iść na psiarnie, a ode mnie się z łaski swojej odjebać. I to nie pomogło, dowiedziałem się kilku prawd o sobie, jedną z nich było że na łożu śmierci czeka mnie: nikt i nic oraz alergii na wszelkiej maści ludzkie uczucia.

          W tym momencie miarka się przebrała, uznałem że to pora by uświadomić ją, że ja tu tylko sprzątam (biorąc pod uwagę czystość lokalu - to chyba jestem aktualnie na dwuletnim urlopie, ale to już inna historia).
Wydarłem się na tą kobietę, wywalając na nią całą możliwą frustrację, było to na tyle skuteczne że kobieta patrząc na mnie z politowaniem uznała że to jednak ja mam bardziej przejebany żywot niż ja i w milczeniu opuściła lokal.


wtorek, 13 marca 2018

Ciężkie przypadki ludzkości

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami żyli sobie ludzie nie skalani lombardami. Dobra, dobra, życie to nie bajka, nie głaszcze ludzi po jajkach i tak kolorowo niestety nie jest.
Klienteli przybywa, jak pcheł w garnizonie wojskowym, co nie jest zbyt optymistyczne dla ludzkości.

Ostatnimi czasy mamy kilka  "nowych" (zakładając ze rok tu nie pisałem) przypadków, oto one:


1) Pan Konewka - nazwisko zmienione z wiadomych względów. Człowiek - smród, przebywanie w okolicy 10 m od tego człowieka, grozi pozbyciem się z żołądka wcześniej zjedzonego posiłku. Terroryzuje swym zapachem i wyglądem wszystkich pracowników, niektórym z nich nawet proponuje "lizanie sfer intymnych" - na samą myśl - uhhhh.
Człowiek nieustępliwy, rzekłbym wręcz nieugięty, zrobi wiele żeby osiągnąć swój cel, jakim jest "dycha na chleb" (czytaj piwo). Zaśpiewa Ci, opowie jakąś anegdotę, potowarzyszy żeby nie było smutno w tej jakże ciężkiej posłudze dla społeczeństwa - po czym zniknie na wieki wieków i tyle zobaczysz swoje pieniądze. On zaś pofatyguje się na drugi punkt, jak gdyby nigdy nic. Zapomniałbym, że zawsze na odchodne w podzięce, za pożyczone pieniądze, odda mocz na podłogę bądź drzwi.



2) Pan Zajączek - Powinni nakręcić film pt 50 Twarzy Zajączka. Tak humorzastego typa świat nie widział.  Zmienny jak pogoda na Wyspach Brytyjskich (nie wiem czy z dużej czy nie)Potrafi przyjść i spierdolić humor każdemu - tak tylko dla własnej satysfakcji. Gdyby dawali Nobla za upierdliwość - otrzymywałby go co roku. Za jego niepowodzenia głównie odpowiada dziewczyna, włada lepiej językiem angielskim niż polskim, mimo że to rodowity polak. Kupuje telefon (targując się przy tym o dosłownie każdą złotówkę) tylko po to by z niego zadzwonić, po czym wraca z reklamacją że coś w nim nie działa. Typowy pojeb, który z czasem będzie niebezpieczny dla otoczenia. Jego pasją jest przychodzenie 15 min przed fajrantem i wkurwianie ludzi. Czasem próbuje żartować, lecz budzi tylko ludzką irytację. Ma wszystkich za oszustów i złodziei.


Bonus:


3) Pan Bajkopisarz - On akurat nie jest nowością, jest obecny od początku istnienia tej jakże wspaniałej instytucji. I od początku nas zadziwia swoimi historiami, oraz zastawami. Nie dość że 90% sprzęu jest spierdolona jak gęba degenerata spod sklepu, to jeszcze jego story, tu ze dostał wjeb, tu że jest na coś chory, tu że dostał awans itd.... Myślę że bracia Andersen nie powstydziliby się takich historii, jakie on opowiada. Uważa się za kreatywnego bo jak urlopu nie dostaje to wywołuje u siebie zawał. Ogólnie zjeb i palant, ale na szczęście nie groźny.

sobota, 7 stycznia 2017

Świeżak w wielkim świecie - dni kolejne und grande finale



Szkolenie w Swędziworach trwało w najlepsze, chłonąłem wiedzę przekazywaną przez Krejzole oraz Piżamkę (wporzo laszencje - pozdrówki ślę) jak pieluszki pampers dziecięce ekskrementy - całkiem skutecznie (chyba). Lecz ktoś w końcu uznał że najwyższy czas oddelegować mnie do Pudla (czytaj: miasta oddalonego o 3 pielgrzymki od Swędziworów, gdzie również znajdował się poligon, czyli kolejne miejsce szkoleń).
W Pudlu było całkiem klawo, miejsce miało jakiś tam swój klimat - gdzie nawet w kiblu można było jeść z podłogi (szacun). Posiadało też dość nietypowych klientów o czym może wspomnę później o ile Cuba Libre którym się teraz delektuje nie zrobi w miedzy czasie z moim mózgiem papki ze sproszkowanych bananów (dobra rada - cola zero nadaje się do drinków jak świnia do skoków narciarskich) . Pracowało tam kilka niewiast, w tym Izolda, sympatyczne i tolerancyjne dziewczę, które znosiło me krzywe banie i czasem bardzo idiotyczne pytania, jak również chwilowe zaćmienia, których było więcej niż tramwajów w stolycy. W mojej chorej głowie jest taka myśl - że to jej najwięcej zawdzięczam z tego szkolenia i którą z tego miejsca chciałem bardzo serdecznie pozdrowić. Izoldo - stworzyłaś potwora - możesz być z siebie dumna :-) (a jeśli masz wątpliwości, to po prostu spójrz na mój staż pracy - no właśnie, więc bez dyskusji)

Wszystko trwało w najlepsze aż tu któregoś dnia, ktoś miał małe zwarcie na kablu i wymyślił sobie by wykopać mnie SAMEGO na jeszcze inny punkt (dajmy na to że punkt zwał się Zbiornikiem). Gdy mnie uświadomiono że w Zbiorniku będę skazany sam na siebie, uzmysłowiłem sobie że mam przejebane jak owczarek niemiecki w dzielnicy chinatown:
- Sam, w tym całym cyrku, z tą całą odpowiedzialnością na swoim pustym łbie
- Po kilku dniach szkolenia
- Omg
- Niech mnie ktoś przytuliiiii, albo chociaż zastrzeli!!


Moje zwieracze niebezpiecznie się rozszerzały,  ale cóż... obersturmfuhrer wydał rozkaz więc trzeba było zapierdalać. Co się okazało, dramatyzowałem (jak zwykle) i Zbiornik był całkiem fajnym miejscem, które z czasem stało się moim królestwem do końca szkolenia.

Grande finale polegało na tym że w rytmach utworu "coming home", pomknąłem do domu, do nowej pracy i jak się potem okazało - do nowych przygód.

Warto tu wspomnieć o kilku nietypowych sytuacjach:
1) W Swędziworach któraś z lasek (zabijcie mnie ale nie pamiętam która) sugerowała mi że, gdy ide na faję, to mam stać pod daszkiem, który znajdował się nad wejściem do lokalu. Jako że starałem się sumiennie wykonywać polecenia koleżanek z doświadczeniem x razy większym niż moje - zastanawiając się po jaką cholerę mam tam stać - to tak też uczyniłem. Odpowiedz nadeszła równie szybko jak skręt jelit po spożyciu starej wędliny - otóż parę pięter wyżej często dochodziło do awantur i latały różne przedmioty. Wtedy spadła akurat doniczka, 30 cm ode mnie...
W tym dniu nauczyłem się kilku istotnych rzeczy, ale przede wszystkim tego żeby ZAWSZE STAĆ POD DASZKIEM bo nigdy nie wiadomo co może człowiekowi uderzyć do głowy (a raczej na nią spaść)
2) Nietypowi ludzie - a raczej tacy których w swoim sterylnym i bezpiecznym światku dotychczas nie spotykałem.
- koleś którego ewidentnie poniósł melanż, pytający o dzień tygodnia
- człowiek który zastawia łańcuszek z włosami z klaty (sic) - do dziś wspominając tą sytuacje, mam przed oczami minę Izoldy
takich przypadków było oczywiście wiele więcej, ale wybaczcie - moja demencja postępuje w zastraszającym tempie.
3) W tamtych czasach radio katowało nas chorobliwie dwiema piosenkami:
- Sean Paul - Got 2 Luv U Ft. Alexis Jordan
- Rihanna - Man Down (ram papa pam)
4) Pierwszy raz w życiu (i jak dotąd jedyny) byłem w Teatrze - ale tylko na siku


That's all folks - see you soon.


czwartek, 5 stycznia 2017

Nowy rok - nowy ja...KATHARSIS - czyli wyznanie lombośmiecia





Rok 2016, przeleciał jak 50 ml czystej substancji przez gardło Kwaśniewskiego - szybko, zdecydowanie za szybko.
Co się działo przez ten rok?
Prywatnie
- kupiłem sobie ajfona, czego nie spodziewałem się w najczarniejszych snach (jeszcze tylko 31 rat i ten koszmar stanie się moją własnością....zapewne i tak wcześniej wyzionie ducha - on albo ja)
- wsiadłem do samolotu - do dziś was za tą prowokację gnojki nienawidzę (i kocham jednocześnie)
- poszwędałem się co nieco po europie
- stuknęła mi 30stka (zaczęło strzykać tu i ówdzie)
niby całkiem nieźle.....

ALE

Służbowo
- stałem się jeszcze bardziej zgorzkniały (dziwne, zakładając że w 2015 myślałem że osiągnąłem już szczyt)
- wredny
- złośliwy
- chamski
- sknerowaty
w jednym zdaniu - Stałem się lombardowym Jarosławem Kaczyńskim !!!
MAŁYM, ZAKOMPLEKSIONYM, NIELUBIANYM, PIEPRZONYM KARAKANEM KTÓRY MYŚLAŁ ŻE JEST PĘPKIEM LOMBARDOWEGO ŚWIATA, GDZIE LUDZIE TO ŚMIECI A LICZY SIĘ TYLKO "JA"

Skąd to się wzięło?
Po części na pewno wypalenie. Miałem serdecznie dość tej pracy, tych ludzi i mało satysfakcjonującego wynagrodzenia (i kilku innych o których nie zamierzam tutaj pisać).


Ale przede wszystkim - ból dupy, dolegliwość, której wbrew pozorom nie należy kojarzyć z hemoroidami, ponieważ jest związana z czynnością napinania pośladków. Jest to problem natury egzystencjalnej, objawiający się chęcią krzewienia zła wśród innych ludków.


Spowodowany - najprawdopodobniej brakiem perspektyw na rozwój i trybem życia:
praca - dom
dom - praca
z jedyną rozrywką - chlaniem piwa i tyciem przed monitorem

Główną nagrodą za takie zachowanie był, mój PR, który legł w gruzach (i wcale się nie dziwie)



 "Za moje grzechy, a przede wszystkim głupotę, odrodzę się jako jaszczurka. W najlepszym przypadku jako jebany gołąb albo ślimak." - Piotr C.

Końcówkę roku, spędziłem w Warszawie - mieście słoików oraz strajkujących moherów
31 grudnia ok godziny 22, wchodząc do żabki wypełnionej gromadą ludzi, zaimponował mi kasjer...zadowolony z życia, z tego że zaraz idzie na imprezę.....ZADOWOLONY 31 GRUDNIA O 22 BĘDĄC W PRACY? WTF??? Przecież ja bym rozszarpał wszystkich znajdujących się w promieniu 500 m ludzi!!! A on się po prostu cieszy, życzy wszystkiego naj...

Gość pokazał mi że można cieszyć gębę nawet w takiej sytuacji. Ogólnie, spotkałem się w tym mieście w gigantyczną życzliwością... tak wielką że pomyślałem - czemu sam taki nie mogę być? Przecież to takie łatwe.

Nastał nowy rok, powrót do szarej rzeczywistości - który nie ukrywam bolał, bolał jak rotawirus i ból kręgosłupa jednocześnie.

Mimo wszystko postanowiłem się pozytywnie nastawić, moje otoczenie widząc to, próbowało sprowadzić mnie na ziemie, mówiąc co czeka mnie w pracy 4 stycznia.

Wspomnianego 4 stycznia zacząłem dzień - nie od tradycyjnego "ja pierdole", tylko od uśmiechu na twarzy (myślę, pewno to chwilowe i przejściowe)

Godzinę później kwitnąłem już w pracy, po wstępnej próbie utrzymania płuc na swoim miejscu - mało ich nie wyplułem, kaszląc jak stary gruźlik wchodząc do lokalu (moja zmienniczka pali tytoń z bułgarskiego siana, pomieszany z resztkami podkładów kolejowych) ogarniając zapach i kilka innych rzeczy, przystąpiłem do pracy właściwej - obsługi klientów.

Na dzień dobry przyszedł człowiek, z którym, odkąd go znam - byliśmy na krzywe ryje

Ja - Dzień dobry panie Rysiu
Ryś - Dzień dobry (odpowiedział z leksza zszokowany)
J - Jak zdrówko? Wszystko ok? - zapytałem z niekłamaną życzliwością
R -........ (właściwie nie odpowiedział nic, zatkało człowieka, bo zawsze słyszał ochrzan że jeszcze nieczynne lub miałem jakiś inny problem do niego)


Takich "Rysiów" było więcej.


Ok godziny 18stej, zaczęły docierać do mnie informacje z drugiego punktu, z textami typu "Co się stało z tym kolesiem? Może uderzył się w głowę? On potrafi być miły?



Poza tym, miny niektórych ludzi ---- bezcenne :-)


Minęły dopiero dwa dni....ale, część twierdzi że podczas pobytu w warszawie dostałem petardą w głowę, część wysyła mnie do psychiatry, a to najlepsza oznaka że jest postęp :-)






Czas kończyć te plugawe wypociny - dziś jak w tytule, smętnie i poważnie, ale czasem też tak trzeba.


Dozo i Pochwa






PS: to nie była petarda - to była rakieta






















niedziela, 2 października 2016

ZŁOTY CHŁOPAK

Pewnego, pięknego dnia, przyszła kobiecina, ja wiem? na oko 50tka, schludna babka, chciała zastawic obrączkę, niby próba 585 wybita ale coś mi podpadło, pilnik i eter, piłujemy....okazało się że blacha w środku.
Mówię kobiecie że mi przykro ale lipa, nic z tego nie będzie
Ale dlaczego? przecież ma próbę wybitą? - zapytała kobieta
W tym momencie wziąłem czarny cienkopis na którego używamy do wypisywania metek na biżuterii, lustro i zaczynam na czole pisać sobie 585.
Ona patrzy na mnie jak na jakiegoś skończonego kretyna - a ja do niej....mam próbę "wybita na czole" czy to znaczy że jestem złoty chłopak???
Kobieta z niedowierzaniem na mnie patrzy i ledwo duka - no nie....
no własnie kochana pani - temu nic z tego nie będzie... no i wyszła


Dopiero później zerknąłem na ten cienkopis....pisało na nim....water resist
3 dni miałem kurwa ślad na czole....

niedziela, 6 września 2015

Świeżak w wielkim świecie - dzień pierwszy

13 Września 2011 roku zostałem oddelegowany na szkolenie do Swędziworów. Miałem pojawić się na godzinę....hmmm jak dobrze pamiętam chyba 10. Wychodząc z założenia że lepiej być później niż wcześniej zaparkowałem samochód pod lokalem o godzinie 9:30 po czym wszedłem do środka
- dzień dobry jestem ten a tamten, przyjechałem na szkolenie - przywitałem się miło
- chyba jesteś bogaty i jednocześnie ślepy skoro tak zaparkowałeś, masz 10 minut na przestawienie samochodu - usłyszałem od kobiety która siedziała po drugiej stronie barykady (okienka)
Nie ma kurwa jak to miłe przywitanie - pomyślałem po czym wyszedłem przestawić białego rumaka.
Na początku pomyślałem że w te 10 minut to ja zdążę zaparkować furę, zapalić, wrócić i że zostaną mi jeszcze jakieś 2 minuty luzu - a taki huj!!!!
Krążyłem jak ten głupi ciul 20 minut nim znalazłem miejsce, po czym kolejne 20 minut do miejsca szkolenia...
- ja pierdolę, co za miasto - pomyślałem...ale z drugiej strony jak tu porównywać mój grajdołek o którym Bednarek kiedyś rzekł że nie ma takiej ilości zioła i kasy która skusiłaby go do tego żeby zaszczycił swą obecnością mieszkańców (chyba jednak taka ilość się znalazła bo od tej deklaracji wbrew własnej woli dwukrotnie gościłem na jego koncercie, ba, rzekł nawet że miasto jest piękne, a ludzie wspaniali....Naprawdę musiał zażyć końską dawkę tego specyfiku skoro dostrzegł coś czego ja nie potrafię dostrzec od ponad 10 lat zamieszkiwania w tej żałosnej namiastce miasta) z około 200 tysięcznym rezerwatem.
Wróciłem do lokalu i co? Heh, na dzień dobry zjeb:
- Myślałam że 25 letni facet wie co znaczy 10 minut - rzekła do mnie Hildegarda, kobieta o wysokim stanowisku
- Wiem  co to znaczy 10 minut i znam się na zegarku - odpowiedziałem szorstko
Hildegarda wpuściła mnie na drugą stronę barykady i powiedziała co czeka mnie przez najbliższe trzy tygodnie, muszę przyznać że mój plan zajęć był dość napięty, sporo nauki, ale przyjemnej bo taki rodzaj wiedzy bardzo lubię.
Hildegarda odjechała, przejęła mnie Zyta, pracownica która wyjaśniła mi co gdzie i jak, nawet nie wiem kiedy przeleciał mi czas, o 18 kończyło się moje szkolenie, z racji że do mojego grajdołu było ponad 80 km miałem zapewniony nocleg na koszt firmy. Miło co nie?
Dostałem adres, kasę na zameldowanie i kopa w dupę na rozpęd.
Cóż mi było robić, 20 minut butowania do samochodu, 5 minut wbijania adresu w navi, 15 minut nim nawigacja złapała zasięg i ok... jedziemy. Hotel był oddalony jakieś 7-8 km od punktu w którym miałem się szkolić, oczywiście navi się zgubiła i pokierowała mnie do.....Tesco, skoro już pod nim byłem wpadłem na zakupy, kupiłem kilka bzdurnych rzeczy typu żarcie itd, plus czajnik bezprzewodowy za 29 zł....co ciekawe mam go do teraz i działa bez zarzutu. Po wyjściu z marketu zaczepiłem miejscowego zachlajryja:
- sory kierowniku, gdzie jest taki a owaki hotel - zapytałem 
- daj na wino a ci powiem - odpowiedział lekko wcięty gentelman
- że co? mam ci na wino dać żebyś mi powiedział? straszy cię? - zapytałem grzecznie
- widzisz synku, mamy XXI wiek, w tych czasach nie ma nic za darmo - odpowiedział
-........ - no kurwa zamurowało mnie
- ok, widzę że jesteś tu jakimś obcym ryjem i nie chcesz współpracować, więc za papierosa sztuk jednego powiem ci co tylko zechcesz - rzekł widząc że odpalam papierocha
- no dobra, masz - podałem mu papierosa
- wyjedziesz tu w prawo, pojedziesz 500 m, spojrzysz w prawo i jesteś - wytłumaczył
- dzięki - odrzekłem skwaszony
Wpakowałem się w pomykacza i skierowałem się do hotelu, a tam jeb....kolejna niespodzianka
Hotel wyglądał plus minus jak Warszawa w 1945 roku, totalna masakra, z zewnątrz ściany mi mówiły - weź tam nie wchodź zaraz się rozpadnę. 
No risk, no fun - pomyślałem....a gówno prawda, byłem tak padnięty że nie miałem siły myśleć, po prostu wszedłem. Za drzwiami była hmmmm recepcja? Pokój w którym siedziały dwie kobiety. Jedna starsza - bardzo miła
Druga, ok 30 lat, całkiem niezła, także bardzo miła.
Załatwiliśmy biurokracje po czym udałem się do pokoju.
Pare tygodni temu byłem w szpitalu...szpitalny wystrój był ładniejszy od tego hotelowego ale czego się spodziewać za 30zł/doba. Rozpakowałem się, naruchałem sobie kolację i po prostu poszedłem spać...






CDN

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

TO TYLKO MAŁY PALEC !!!!

Miało być o pracy ale jak na razie nic nie zapowiada się bym do niej wrócił, poza tym dawno mnie tu nie było ale sprawa palca delikatnie się rypła... 

Po kolei
Jak już wiadomo z poprzedniego smętnego posta nastawili i ustawili mi palca i kazali przyjść kilka dni później do przychodni gdzie dojebali mi sadyści jedni miesiąc chorobowego...BYDLAKI!!
Nawet zacząłem się przyzwyczajać do tego jebanego usztywnienia i do faktu że sierpień to ja mam totalnie stracony. aż tu nadszedł dzień ponownej kontroli. Zapierdalam do szpitala, standardowe oczekiwanie w godzinnej kolejce wśród przepoconych, nie znających czegoś takiego jak perfum ludzi. Po odczekaniu swojego udałem się pod gabinet ortopedyczny, czekam sobie spokojnie z myślą że wszystko okej, aż pada moja kolej. Wchodzę do gabinetu, wita mnie około 40letni lekarz, na pierwszy rzut oka całkiem normalny. Spojrzał na mnie coś ponotował i wysłał mnie na zdjęcie, no ok cisnę pod gabinet RTG na słit focie, po kilkunastu minutach do środka zaprasza mnie jakiś koleś robi fotę, karze poczekać na zewnątrz na płytkę w tym czasie urządzając karkołomną awanturę swojej współpracowniczce, koleś tak darł ryja jakby ta biedna kobieta wyrzuciła mu złotą kolekcje playboyów z czasów kiedy bobry były jeszcze na topie. Po tym jak przestał drzeć ryja, wyszedł do mnie kipiący jak przyjarane mleko, rzucił mi płytkę i jebnął drzwiami. A huj z nim, idę pod gabinet lekarz mi powie że wszystko jest spoko i spierdalam do domu, bo miałem jakieś tam skromne plany (bez szału, popykać na komputerze, przejść się nad rzekę posiedzieć wieczorem na balkonie....no może ewentualnie jakieś piwko non alko na wieczór). Po kolejnych kilkunastu minutach pewny siebie jak Kliczko przed walką wchodzę do gabinetu, lekarz patrzy na zdjęcie....i wymierza mi prawego sierpowego w postaci textu:
- złamanie się przemieściło, będzie potrzebna operacja
KO, ja pewny i niezwyciężony jak Kliczko leże na deskach a nad moimi zwłokami sędzia odlicza....
8,9,10 gong....przegrałeś frajerze.
W tym czasie w milczeniu, lekarz coś kreśli i notuje, po czym bez słowa wyjaśnienia kieruje mnie do innego pokoju po skierowanie.
- panie doktorze, ale co, gdzie, jak i po co?
- ja już wszystko powiedziałem ale chyba nie zrozumiałeś więc powiem ci to wolniej, idziesz do szpitala TERAZ, położysz się na oddział a my podejmiemy dalsze leczenie.
- no ok, ale jak ono będzie wyglądać? - wydukałem blady jak okalające mnie ściany
- no gdyby to ode mnie zależało założyłbym śrubę, to wszystko do widzenia - rzekł bardzo oschle
Wyszedłem stamtąd tak zszokowany jak pasażerowie Titanica po zderzeniu z górą lodową.... no bo kurwa, przez prawie 30 lat mego nędznego życia, w szpitalu leżałem tylko raz i to na porodówce, poza tym bardzo krótko bo wiecznie darłem tam ryja i wkurwiałem położne, a teraz z racji gównianego palca mam tam iść? No kurwa.
Po tym wszystkim jakoś nigdzie mi się nie śpieszyło, więc udałem się w bardzo kurewnie podłym nastroju do Mandoliny, niestety nie posiedziałem tam zbyt długo bo pożarliśmy się o gównianą pierdołę....cóż, kierunek dom, pakować dupę i wypad do "ośrodka wczasowego".
Na izbie przyjęć inny lekarz dał mi nutkę nadziei że jednak da się to nastawić...po czym szybko mi ja odebrał, ale widząc że tak mi śpieszno na oddział jak biznesmenowi do skarbówki, odesłał mnie do domu, kazał nastawić się psychicznie i przyjść dzień później o 8 rano. W domu łaziłem jak smród spalanie to miałem jak pociąg parowy z XVIII wieku...i tak tylko oczekiwałem na ten sądny dzień. Rano udałem się tego półgwiazdkowego hotelu, utrzymywanego przez przeciętnych podatników, i pierwsze zdziwienie, spodziewałem się że będzie nas tam max kilka sztuk, a tu zaproszenie takie jak ja dostało jeszcze z 15 osób!! Po 2 h czekania (przywieźli nagły wypadek i koleś miał na prawdę przejebane) w końcu dostałem się na sale "chorych". Była to ok godzina 11....do 18 czyli obchodu lekarskiego, równie dobrze mogłem iść na miasto bo i tak nikt by nie kapnął że mnie nie ma. Na wieczornym obchodzie lekarz powiedział mi że czeka mnie operacja i sobie poszedł w pizdu i w tym momencie zauważyłem że lekarze traktują pacjentów tak jak ja klientów w pracy, jak sztukę, numerek, mógłbyś być nawet szejkiem Abdullahem Krzywym Zgryzem a oni i tak mieliby cie w dupie....choć może nie, bo taki szejk to kupiłby każdemu po Maybachu i lataliby koło niego jak muchy nad nosem rozkładającego się nieboszczyka.
"Wczasy" dzień drugi"
Spotkałem kilku klientów, część udawała ze mi współczuje. Reszta nie bardzo, ha dostałem nawet życzenia "żeby ci odpadła ta ręka ty głupi skurwysynu" - miło, też życzę zdrowia, a raczej rozumu, przyda ci się, może kutasie zrozumiesz że dopalacze nie są dla ciebie.
Poza tym
Jaki tu spokój, na na na

Nic się nie dzieje, na na na na

Nikt się nie bawi, na na na
Wszyscy się nudzą, na na na na
Nadal nic nie wiem, leże bo se leże....w sumie to chodzę - cały czas tam łaziłem, szpital to znam już jak własną kieszeń, a rano obudziłem się z zakwasami w nogach.
"Wczasy" dzień trzeci:
Godzina 8.  Właśnie mnie uświadomili że "chyba idę na operację" i mam nic do południa nie jeść ani nie pić, jak do południa nie będzie żadnej informacji to mam jednak jeść a operacji dziś nie będzie, a nawet jak będzie to ok 15.
Godzina 10;10, jak tornado do izby wbijają dwie siostry, 
- Panie Eustachy idziemy
- gdzie?
- na piwko, a jak pan myśli ? Na operacje chyba po to pan tu jest.
z lekka mnie zatkało bo miało być o 15 a tu teraz,tak nagle z partyzanta jak sraczka czy nieudana miłość....ale idziemy, w końcu miejmy to za sobą
Kazali się rozebrać do majtek i pakować się na łóżko.
- Ale zaraz ja mam kontuzjowany palec a nie nogę, nie mogę iśc? Swoje ważę a po cholerę panie będą się szarpać ze ciężkim osłem?
- Takie są przepisy - odpowiedziała wyraźnie rozbawiona siostra
Skoro takie przepisy to nie będę dyskutował, grzecznie wykonałem polecenia i zostałem wywieziony jak fura gnoju z izby.
Na stole operacyjnym poległem 10;30, byłem NAWET spokojny, do czasu aż nie zobaczyłem pana który mnie będzie operował....tak, ten sam który mnie tu wysyłał...pierwsze pytanie jakie zadał jak wszedł to czy mają małe śruby.... odpowiedź była negatywna, za co zebrał się delikatny opierdol jednej z sióstr....
- Jasne kurwa, gdybym wiedział że nie masz kupiłbym ci je w castoramie wraz z nakrętkami - pomyślałem
Lekarz, nazwijmy go Cześkiem, szyderczo się uśmiechnął po czym na spokojnie wyjaśnił mi co będzie robione z moim palcem.
Szczerze? Nie słuchałem go za dokładnie, z resztą i tak huja rozumiałem z jego lekarskiego slangu.
Dostałem blokadę w palca....i tyle, grzebali mi w palcu 45 min.... Swoją drogą mieli wyczucie, ledwo wywieźli mnie z sali operacyjnej, palec zaczął mnie tak napierdalać jakby mi go obcięli....w pewnym momencie miałem nawet takie myśli, gips założyli mi po łokieć,  cały ten dzień to było nieporozumienie....
"Wczasy" dzień czwarty
Po zastrzyku przeciwbólowym i tabletce nasennej o bardzo opóźnionym zapłonie udało mi się nawet znośnie przespać noc.
8 rano, obchód, "robisz zdjęcie i przychodzisz do mnie " rzekł lekarz
Jak powiedział tak uczyniłem, i o 11.....byłem już w domu, 5 dni później na wizycie kontrolnej, wysłano mnie aby zmienili mi opatrunek (kurwa mam szynę gipsową) po zdjęciu opatrunku nie chciałem patrzeć na tą rękę....ale ciekawość była silniejsza....z palca wystaje mi na długość jednego centymetra drut.....palec ogólnie wygląda jak parówka nabita na elektrodę do spawania....uroczo....na tyle uroczo że teraz moja sędziwa babcia mówi że jak siedzę u niej w pokoju to ma wrażenie że radio maryja ma siedzibę dwie wsie dalej a nie w Toruniu.....
Na kontroli Czesiek na moje pytanie kiedy wrócę do pracy odburknął że za 3 miesiące.... jak zapytałem czy nie da się szybciej to darł mordę jakbym mu klocki z piaskownicy wyrzucił....
1 Września....kolejna kontrola....znów u Cześka....ciekawe co teraz mi powie...o ile cokolwiek powie.... mam nadzieję że nie znokautuję mnie po raz kolejny.






Takie małe sprostowanie - brzmi to jakbym dramatyzował, ale ogólnie nie cierpię szpitali, igieł strzykawek operacji, ani ciał obcych w sobie....po prostu ten typ tak ma



cdn