z

sobota, 7 stycznia 2017

Świeżak w wielkim świecie - dni kolejne und grande finale



Szkolenie w Swędziworach trwało w najlepsze, chłonąłem wiedzę przekazywaną przez Krejzole oraz Piżamkę (wporzo laszencje - pozdrówki ślę) jak pieluszki pampers dziecięce ekskrementy - całkiem skutecznie (chyba). Lecz ktoś w końcu uznał że najwyższy czas oddelegować mnie do Pudla (czytaj: miasta oddalonego o 3 pielgrzymki od Swędziworów, gdzie również znajdował się poligon, czyli kolejne miejsce szkoleń).
W Pudlu było całkiem klawo, miejsce miało jakiś tam swój klimat - gdzie nawet w kiblu można było jeść z podłogi (szacun). Posiadało też dość nietypowych klientów o czym może wspomnę później o ile Cuba Libre którym się teraz delektuje nie zrobi w miedzy czasie z moim mózgiem papki ze sproszkowanych bananów (dobra rada - cola zero nadaje się do drinków jak świnia do skoków narciarskich) . Pracowało tam kilka niewiast, w tym Izolda, sympatyczne i tolerancyjne dziewczę, które znosiło me krzywe banie i czasem bardzo idiotyczne pytania, jak również chwilowe zaćmienia, których było więcej niż tramwajów w stolycy. W mojej chorej głowie jest taka myśl - że to jej najwięcej zawdzięczam z tego szkolenia i którą z tego miejsca chciałem bardzo serdecznie pozdrowić. Izoldo - stworzyłaś potwora - możesz być z siebie dumna :-) (a jeśli masz wątpliwości, to po prostu spójrz na mój staż pracy - no właśnie, więc bez dyskusji)

Wszystko trwało w najlepsze aż tu któregoś dnia, ktoś miał małe zwarcie na kablu i wymyślił sobie by wykopać mnie SAMEGO na jeszcze inny punkt (dajmy na to że punkt zwał się Zbiornikiem). Gdy mnie uświadomiono że w Zbiorniku będę skazany sam na siebie, uzmysłowiłem sobie że mam przejebane jak owczarek niemiecki w dzielnicy chinatown:
- Sam, w tym całym cyrku, z tą całą odpowiedzialnością na swoim pustym łbie
- Po kilku dniach szkolenia
- Omg
- Niech mnie ktoś przytuliiiii, albo chociaż zastrzeli!!


Moje zwieracze niebezpiecznie się rozszerzały,  ale cóż... obersturmfuhrer wydał rozkaz więc trzeba było zapierdalać. Co się okazało, dramatyzowałem (jak zwykle) i Zbiornik był całkiem fajnym miejscem, które z czasem stało się moim królestwem do końca szkolenia.

Grande finale polegało na tym że w rytmach utworu "coming home", pomknąłem do domu, do nowej pracy i jak się potem okazało - do nowych przygód.

Warto tu wspomnieć o kilku nietypowych sytuacjach:
1) W Swędziworach któraś z lasek (zabijcie mnie ale nie pamiętam która) sugerowała mi że, gdy ide na faję, to mam stać pod daszkiem, który znajdował się nad wejściem do lokalu. Jako że starałem się sumiennie wykonywać polecenia koleżanek z doświadczeniem x razy większym niż moje - zastanawiając się po jaką cholerę mam tam stać - to tak też uczyniłem. Odpowiedz nadeszła równie szybko jak skręt jelit po spożyciu starej wędliny - otóż parę pięter wyżej często dochodziło do awantur i latały różne przedmioty. Wtedy spadła akurat doniczka, 30 cm ode mnie...
W tym dniu nauczyłem się kilku istotnych rzeczy, ale przede wszystkim tego żeby ZAWSZE STAĆ POD DASZKIEM bo nigdy nie wiadomo co może człowiekowi uderzyć do głowy (a raczej na nią spaść)
2) Nietypowi ludzie - a raczej tacy których w swoim sterylnym i bezpiecznym światku dotychczas nie spotykałem.
- koleś którego ewidentnie poniósł melanż, pytający o dzień tygodnia
- człowiek który zastawia łańcuszek z włosami z klaty (sic) - do dziś wspominając tą sytuacje, mam przed oczami minę Izoldy
takich przypadków było oczywiście wiele więcej, ale wybaczcie - moja demencja postępuje w zastraszającym tempie.
3) W tamtych czasach radio katowało nas chorobliwie dwiema piosenkami:
- Sean Paul - Got 2 Luv U Ft. Alexis Jordan
- Rihanna - Man Down (ram papa pam)
4) Pierwszy raz w życiu (i jak dotąd jedyny) byłem w Teatrze - ale tylko na siku


That's all folks - see you soon.


czwartek, 5 stycznia 2017

Nowy rok - nowy ja...KATHARSIS - czyli wyznanie lombośmiecia





Rok 2016, przeleciał jak 50 ml czystej substancji przez gardło Kwaśniewskiego - szybko, zdecydowanie za szybko.
Co się działo przez ten rok?
Prywatnie
- kupiłem sobie ajfona, czego nie spodziewałem się w najczarniejszych snach (jeszcze tylko 31 rat i ten koszmar stanie się moją własnością....zapewne i tak wcześniej wyzionie ducha - on albo ja)
- wsiadłem do samolotu - do dziś was za tą prowokację gnojki nienawidzę (i kocham jednocześnie)
- poszwędałem się co nieco po europie
- stuknęła mi 30stka (zaczęło strzykać tu i ówdzie)
niby całkiem nieźle.....

ALE

Służbowo
- stałem się jeszcze bardziej zgorzkniały (dziwne, zakładając że w 2015 myślałem że osiągnąłem już szczyt)
- wredny
- złośliwy
- chamski
- sknerowaty
w jednym zdaniu - Stałem się lombardowym Jarosławem Kaczyńskim !!!
MAŁYM, ZAKOMPLEKSIONYM, NIELUBIANYM, PIEPRZONYM KARAKANEM KTÓRY MYŚLAŁ ŻE JEST PĘPKIEM LOMBARDOWEGO ŚWIATA, GDZIE LUDZIE TO ŚMIECI A LICZY SIĘ TYLKO "JA"

Skąd to się wzięło?
Po części na pewno wypalenie. Miałem serdecznie dość tej pracy, tych ludzi i mało satysfakcjonującego wynagrodzenia (i kilku innych o których nie zamierzam tutaj pisać).


Ale przede wszystkim - ból dupy, dolegliwość, której wbrew pozorom nie należy kojarzyć z hemoroidami, ponieważ jest związana z czynnością napinania pośladków. Jest to problem natury egzystencjalnej, objawiający się chęcią krzewienia zła wśród innych ludków.


Spowodowany - najprawdopodobniej brakiem perspektyw na rozwój i trybem życia:
praca - dom
dom - praca
z jedyną rozrywką - chlaniem piwa i tyciem przed monitorem

Główną nagrodą za takie zachowanie był, mój PR, który legł w gruzach (i wcale się nie dziwie)



 "Za moje grzechy, a przede wszystkim głupotę, odrodzę się jako jaszczurka. W najlepszym przypadku jako jebany gołąb albo ślimak." - Piotr C.

Końcówkę roku, spędziłem w Warszawie - mieście słoików oraz strajkujących moherów
31 grudnia ok godziny 22, wchodząc do żabki wypełnionej gromadą ludzi, zaimponował mi kasjer...zadowolony z życia, z tego że zaraz idzie na imprezę.....ZADOWOLONY 31 GRUDNIA O 22 BĘDĄC W PRACY? WTF??? Przecież ja bym rozszarpał wszystkich znajdujących się w promieniu 500 m ludzi!!! A on się po prostu cieszy, życzy wszystkiego naj...

Gość pokazał mi że można cieszyć gębę nawet w takiej sytuacji. Ogólnie, spotkałem się w tym mieście w gigantyczną życzliwością... tak wielką że pomyślałem - czemu sam taki nie mogę być? Przecież to takie łatwe.

Nastał nowy rok, powrót do szarej rzeczywistości - który nie ukrywam bolał, bolał jak rotawirus i ból kręgosłupa jednocześnie.

Mimo wszystko postanowiłem się pozytywnie nastawić, moje otoczenie widząc to, próbowało sprowadzić mnie na ziemie, mówiąc co czeka mnie w pracy 4 stycznia.

Wspomnianego 4 stycznia zacząłem dzień - nie od tradycyjnego "ja pierdole", tylko od uśmiechu na twarzy (myślę, pewno to chwilowe i przejściowe)

Godzinę później kwitnąłem już w pracy, po wstępnej próbie utrzymania płuc na swoim miejscu - mało ich nie wyplułem, kaszląc jak stary gruźlik wchodząc do lokalu (moja zmienniczka pali tytoń z bułgarskiego siana, pomieszany z resztkami podkładów kolejowych) ogarniając zapach i kilka innych rzeczy, przystąpiłem do pracy właściwej - obsługi klientów.

Na dzień dobry przyszedł człowiek, z którym, odkąd go znam - byliśmy na krzywe ryje

Ja - Dzień dobry panie Rysiu
Ryś - Dzień dobry (odpowiedział z leksza zszokowany)
J - Jak zdrówko? Wszystko ok? - zapytałem z niekłamaną życzliwością
R -........ (właściwie nie odpowiedział nic, zatkało człowieka, bo zawsze słyszał ochrzan że jeszcze nieczynne lub miałem jakiś inny problem do niego)


Takich "Rysiów" było więcej.


Ok godziny 18stej, zaczęły docierać do mnie informacje z drugiego punktu, z textami typu "Co się stało z tym kolesiem? Może uderzył się w głowę? On potrafi być miły?



Poza tym, miny niektórych ludzi ---- bezcenne :-)


Minęły dopiero dwa dni....ale, część twierdzi że podczas pobytu w warszawie dostałem petardą w głowę, część wysyła mnie do psychiatry, a to najlepsza oznaka że jest postęp :-)






Czas kończyć te plugawe wypociny - dziś jak w tytule, smętnie i poważnie, ale czasem też tak trzeba.


Dozo i Pochwa






PS: to nie była petarda - to była rakieta






















niedziela, 2 października 2016

ZŁOTY CHŁOPAK

Pewnego, pięknego dnia, przyszła kobiecina, ja wiem? na oko 50tka, schludna babka, chciała zastawic obrączkę, niby próba 585 wybita ale coś mi podpadło, pilnik i eter, piłujemy....okazało się że blacha w środku.
Mówię kobiecie że mi przykro ale lipa, nic z tego nie będzie
Ale dlaczego? przecież ma próbę wybitą? - zapytała kobieta
W tym momencie wziąłem czarny cienkopis na którego używamy do wypisywania metek na biżuterii, lustro i zaczynam na czole pisać sobie 585.
Ona patrzy na mnie jak na jakiegoś skończonego kretyna - a ja do niej....mam próbę "wybita na czole" czy to znaczy że jestem złoty chłopak???
Kobieta z niedowierzaniem na mnie patrzy i ledwo duka - no nie....
no własnie kochana pani - temu nic z tego nie będzie... no i wyszła


Dopiero później zerknąłem na ten cienkopis....pisało na nim....water resist
3 dni miałem kurwa ślad na czole....

niedziela, 6 września 2015

Świeżak w wielkim świecie - dzień pierwszy

13 Września 2011 roku zostałem oddelegowany na szkolenie do Swędziworów. Miałem pojawić się na godzinę....hmmm jak dobrze pamiętam chyba 10. Wychodząc z założenia że lepiej być później niż wcześniej zaparkowałem samochód pod lokalem o godzinie 9:30 po czym wszedłem do środka
- dzień dobry jestem ten a tamten, przyjechałem na szkolenie - przywitałem się miło
- chyba jesteś bogaty i jednocześnie ślepy skoro tak zaparkowałeś, masz 10 minut na przestawienie samochodu - usłyszałem od kobiety która siedziała po drugiej stronie barykady (okienka)
Nie ma kurwa jak to miłe przywitanie - pomyślałem po czym wyszedłem przestawić białego rumaka.
Na początku pomyślałem że w te 10 minut to ja zdążę zaparkować furę, zapalić, wrócić i że zostaną mi jeszcze jakieś 2 minuty luzu - a taki huj!!!!
Krążyłem jak ten głupi ciul 20 minut nim znalazłem miejsce, po czym kolejne 20 minut do miejsca szkolenia...
- ja pierdolę, co za miasto - pomyślałem...ale z drugiej strony jak tu porównywać mój grajdołek o którym Bednarek kiedyś rzekł że nie ma takiej ilości zioła i kasy która skusiłaby go do tego żeby zaszczycił swą obecnością mieszkańców (chyba jednak taka ilość się znalazła bo od tej deklaracji wbrew własnej woli dwukrotnie gościłem na jego koncercie, ba, rzekł nawet że miasto jest piękne, a ludzie wspaniali....Naprawdę musiał zażyć końską dawkę tego specyfiku skoro dostrzegł coś czego ja nie potrafię dostrzec od ponad 10 lat zamieszkiwania w tej żałosnej namiastce miasta) z około 200 tysięcznym rezerwatem.
Wróciłem do lokalu i co? Heh, na dzień dobry zjeb:
- Myślałam że 25 letni facet wie co znaczy 10 minut - rzekła do mnie Hildegarda, kobieta o wysokim stanowisku
- Wiem  co to znaczy 10 minut i znam się na zegarku - odpowiedziałem szorstko
Hildegarda wpuściła mnie na drugą stronę barykady i powiedziała co czeka mnie przez najbliższe trzy tygodnie, muszę przyznać że mój plan zajęć był dość napięty, sporo nauki, ale przyjemnej bo taki rodzaj wiedzy bardzo lubię.
Hildegarda odjechała, przejęła mnie Zyta, pracownica która wyjaśniła mi co gdzie i jak, nawet nie wiem kiedy przeleciał mi czas, o 18 kończyło się moje szkolenie, z racji że do mojego grajdołu było ponad 80 km miałem zapewniony nocleg na koszt firmy. Miło co nie?
Dostałem adres, kasę na zameldowanie i kopa w dupę na rozpęd.
Cóż mi było robić, 20 minut butowania do samochodu, 5 minut wbijania adresu w navi, 15 minut nim nawigacja złapała zasięg i ok... jedziemy. Hotel był oddalony jakieś 7-8 km od punktu w którym miałem się szkolić, oczywiście navi się zgubiła i pokierowała mnie do.....Tesco, skoro już pod nim byłem wpadłem na zakupy, kupiłem kilka bzdurnych rzeczy typu żarcie itd, plus czajnik bezprzewodowy za 29 zł....co ciekawe mam go do teraz i działa bez zarzutu. Po wyjściu z marketu zaczepiłem miejscowego zachlajryja:
- sory kierowniku, gdzie jest taki a owaki hotel - zapytałem 
- daj na wino a ci powiem - odpowiedział lekko wcięty gentelman
- że co? mam ci na wino dać żebyś mi powiedział? straszy cię? - zapytałem grzecznie
- widzisz synku, mamy XXI wiek, w tych czasach nie ma nic za darmo - odpowiedział
-........ - no kurwa zamurowało mnie
- ok, widzę że jesteś tu jakimś obcym ryjem i nie chcesz współpracować, więc za papierosa sztuk jednego powiem ci co tylko zechcesz - rzekł widząc że odpalam papierocha
- no dobra, masz - podałem mu papierosa
- wyjedziesz tu w prawo, pojedziesz 500 m, spojrzysz w prawo i jesteś - wytłumaczył
- dzięki - odrzekłem skwaszony
Wpakowałem się w pomykacza i skierowałem się do hotelu, a tam jeb....kolejna niespodzianka
Hotel wyglądał plus minus jak Warszawa w 1945 roku, totalna masakra, z zewnątrz ściany mi mówiły - weź tam nie wchodź zaraz się rozpadnę. 
No risk, no fun - pomyślałem....a gówno prawda, byłem tak padnięty że nie miałem siły myśleć, po prostu wszedłem. Za drzwiami była hmmmm recepcja? Pokój w którym siedziały dwie kobiety. Jedna starsza - bardzo miła
Druga, ok 30 lat, całkiem niezła, także bardzo miła.
Załatwiliśmy biurokracje po czym udałem się do pokoju.
Pare tygodni temu byłem w szpitalu...szpitalny wystrój był ładniejszy od tego hotelowego ale czego się spodziewać za 30zł/doba. Rozpakowałem się, naruchałem sobie kolację i po prostu poszedłem spać...






CDN

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

TO TYLKO MAŁY PALEC !!!!

Miało być o pracy ale jak na razie nic nie zapowiada się bym do niej wrócił, poza tym dawno mnie tu nie było ale sprawa palca delikatnie się rypła... 

Po kolei
Jak już wiadomo z poprzedniego smętnego posta nastawili i ustawili mi palca i kazali przyjść kilka dni później do przychodni gdzie dojebali mi sadyści jedni miesiąc chorobowego...BYDLAKI!!
Nawet zacząłem się przyzwyczajać do tego jebanego usztywnienia i do faktu że sierpień to ja mam totalnie stracony. aż tu nadszedł dzień ponownej kontroli. Zapierdalam do szpitala, standardowe oczekiwanie w godzinnej kolejce wśród przepoconych, nie znających czegoś takiego jak perfum ludzi. Po odczekaniu swojego udałem się pod gabinet ortopedyczny, czekam sobie spokojnie z myślą że wszystko okej, aż pada moja kolej. Wchodzę do gabinetu, wita mnie około 40letni lekarz, na pierwszy rzut oka całkiem normalny. Spojrzał na mnie coś ponotował i wysłał mnie na zdjęcie, no ok cisnę pod gabinet RTG na słit focie, po kilkunastu minutach do środka zaprasza mnie jakiś koleś robi fotę, karze poczekać na zewnątrz na płytkę w tym czasie urządzając karkołomną awanturę swojej współpracowniczce, koleś tak darł ryja jakby ta biedna kobieta wyrzuciła mu złotą kolekcje playboyów z czasów kiedy bobry były jeszcze na topie. Po tym jak przestał drzeć ryja, wyszedł do mnie kipiący jak przyjarane mleko, rzucił mi płytkę i jebnął drzwiami. A huj z nim, idę pod gabinet lekarz mi powie że wszystko jest spoko i spierdalam do domu, bo miałem jakieś tam skromne plany (bez szału, popykać na komputerze, przejść się nad rzekę posiedzieć wieczorem na balkonie....no może ewentualnie jakieś piwko non alko na wieczór). Po kolejnych kilkunastu minutach pewny siebie jak Kliczko przed walką wchodzę do gabinetu, lekarz patrzy na zdjęcie....i wymierza mi prawego sierpowego w postaci textu:
- złamanie się przemieściło, będzie potrzebna operacja
KO, ja pewny i niezwyciężony jak Kliczko leże na deskach a nad moimi zwłokami sędzia odlicza....
8,9,10 gong....przegrałeś frajerze.
W tym czasie w milczeniu, lekarz coś kreśli i notuje, po czym bez słowa wyjaśnienia kieruje mnie do innego pokoju po skierowanie.
- panie doktorze, ale co, gdzie, jak i po co?
- ja już wszystko powiedziałem ale chyba nie zrozumiałeś więc powiem ci to wolniej, idziesz do szpitala TERAZ, położysz się na oddział a my podejmiemy dalsze leczenie.
- no ok, ale jak ono będzie wyglądać? - wydukałem blady jak okalające mnie ściany
- no gdyby to ode mnie zależało założyłbym śrubę, to wszystko do widzenia - rzekł bardzo oschle
Wyszedłem stamtąd tak zszokowany jak pasażerowie Titanica po zderzeniu z górą lodową.... no bo kurwa, przez prawie 30 lat mego nędznego życia, w szpitalu leżałem tylko raz i to na porodówce, poza tym bardzo krótko bo wiecznie darłem tam ryja i wkurwiałem położne, a teraz z racji gównianego palca mam tam iść? No kurwa.
Po tym wszystkim jakoś nigdzie mi się nie śpieszyło, więc udałem się w bardzo kurewnie podłym nastroju do Mandoliny, niestety nie posiedziałem tam zbyt długo bo pożarliśmy się o gównianą pierdołę....cóż, kierunek dom, pakować dupę i wypad do "ośrodka wczasowego".
Na izbie przyjęć inny lekarz dał mi nutkę nadziei że jednak da się to nastawić...po czym szybko mi ja odebrał, ale widząc że tak mi śpieszno na oddział jak biznesmenowi do skarbówki, odesłał mnie do domu, kazał nastawić się psychicznie i przyjść dzień później o 8 rano. W domu łaziłem jak smród spalanie to miałem jak pociąg parowy z XVIII wieku...i tak tylko oczekiwałem na ten sądny dzień. Rano udałem się tego półgwiazdkowego hotelu, utrzymywanego przez przeciętnych podatników, i pierwsze zdziwienie, spodziewałem się że będzie nas tam max kilka sztuk, a tu zaproszenie takie jak ja dostało jeszcze z 15 osób!! Po 2 h czekania (przywieźli nagły wypadek i koleś miał na prawdę przejebane) w końcu dostałem się na sale "chorych". Była to ok godzina 11....do 18 czyli obchodu lekarskiego, równie dobrze mogłem iść na miasto bo i tak nikt by nie kapnął że mnie nie ma. Na wieczornym obchodzie lekarz powiedział mi że czeka mnie operacja i sobie poszedł w pizdu i w tym momencie zauważyłem że lekarze traktują pacjentów tak jak ja klientów w pracy, jak sztukę, numerek, mógłbyś być nawet szejkiem Abdullahem Krzywym Zgryzem a oni i tak mieliby cie w dupie....choć może nie, bo taki szejk to kupiłby każdemu po Maybachu i lataliby koło niego jak muchy nad nosem rozkładającego się nieboszczyka.
"Wczasy" dzień drugi"
Spotkałem kilku klientów, część udawała ze mi współczuje. Reszta nie bardzo, ha dostałem nawet życzenia "żeby ci odpadła ta ręka ty głupi skurwysynu" - miło, też życzę zdrowia, a raczej rozumu, przyda ci się, może kutasie zrozumiesz że dopalacze nie są dla ciebie.
Poza tym
Jaki tu spokój, na na na

Nic się nie dzieje, na na na na

Nikt się nie bawi, na na na
Wszyscy się nudzą, na na na na
Nadal nic nie wiem, leże bo se leże....w sumie to chodzę - cały czas tam łaziłem, szpital to znam już jak własną kieszeń, a rano obudziłem się z zakwasami w nogach.
"Wczasy" dzień trzeci:
Godzina 8.  Właśnie mnie uświadomili że "chyba idę na operację" i mam nic do południa nie jeść ani nie pić, jak do południa nie będzie żadnej informacji to mam jednak jeść a operacji dziś nie będzie, a nawet jak będzie to ok 15.
Godzina 10;10, jak tornado do izby wbijają dwie siostry, 
- Panie Eustachy idziemy
- gdzie?
- na piwko, a jak pan myśli ? Na operacje chyba po to pan tu jest.
z lekka mnie zatkało bo miało być o 15 a tu teraz,tak nagle z partyzanta jak sraczka czy nieudana miłość....ale idziemy, w końcu miejmy to za sobą
Kazali się rozebrać do majtek i pakować się na łóżko.
- Ale zaraz ja mam kontuzjowany palec a nie nogę, nie mogę iśc? Swoje ważę a po cholerę panie będą się szarpać ze ciężkim osłem?
- Takie są przepisy - odpowiedziała wyraźnie rozbawiona siostra
Skoro takie przepisy to nie będę dyskutował, grzecznie wykonałem polecenia i zostałem wywieziony jak fura gnoju z izby.
Na stole operacyjnym poległem 10;30, byłem NAWET spokojny, do czasu aż nie zobaczyłem pana który mnie będzie operował....tak, ten sam który mnie tu wysyłał...pierwsze pytanie jakie zadał jak wszedł to czy mają małe śruby.... odpowiedź była negatywna, za co zebrał się delikatny opierdol jednej z sióstr....
- Jasne kurwa, gdybym wiedział że nie masz kupiłbym ci je w castoramie wraz z nakrętkami - pomyślałem
Lekarz, nazwijmy go Cześkiem, szyderczo się uśmiechnął po czym na spokojnie wyjaśnił mi co będzie robione z moim palcem.
Szczerze? Nie słuchałem go za dokładnie, z resztą i tak huja rozumiałem z jego lekarskiego slangu.
Dostałem blokadę w palca....i tyle, grzebali mi w palcu 45 min.... Swoją drogą mieli wyczucie, ledwo wywieźli mnie z sali operacyjnej, palec zaczął mnie tak napierdalać jakby mi go obcięli....w pewnym momencie miałem nawet takie myśli, gips założyli mi po łokieć,  cały ten dzień to było nieporozumienie....
"Wczasy" dzień czwarty
Po zastrzyku przeciwbólowym i tabletce nasennej o bardzo opóźnionym zapłonie udało mi się nawet znośnie przespać noc.
8 rano, obchód, "robisz zdjęcie i przychodzisz do mnie " rzekł lekarz
Jak powiedział tak uczyniłem, i o 11.....byłem już w domu, 5 dni później na wizycie kontrolnej, wysłano mnie aby zmienili mi opatrunek (kurwa mam szynę gipsową) po zdjęciu opatrunku nie chciałem patrzeć na tą rękę....ale ciekawość była silniejsza....z palca wystaje mi na długość jednego centymetra drut.....palec ogólnie wygląda jak parówka nabita na elektrodę do spawania....uroczo....na tyle uroczo że teraz moja sędziwa babcia mówi że jak siedzę u niej w pokoju to ma wrażenie że radio maryja ma siedzibę dwie wsie dalej a nie w Toruniu.....
Na kontroli Czesiek na moje pytanie kiedy wrócę do pracy odburknął że za 3 miesiące.... jak zapytałem czy nie da się szybciej to darł mordę jakbym mu klocki z piaskownicy wyrzucił....
1 Września....kolejna kontrola....znów u Cześka....ciekawe co teraz mi powie...o ile cokolwiek powie.... mam nadzieję że nie znokautuję mnie po raz kolejny.






Takie małe sprostowanie - brzmi to jakbym dramatyzował, ale ogólnie nie cierpię szpitali, igieł strzykawek operacji, ani ciał obcych w sobie....po prostu ten typ tak ma



cdn

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Pracoholik na L4

Być może jeszcze za wcześnie na tego posta, ale co mi tam i tak nie mam co robić. Otóż w piątkowy wieczór, jak gdyby nigdy nic postanowiłem sobie iść pograć w przysłowiową "nogę", a raczej postać na bramce ponieważ umiejętności typowo "piłkarskich" nigdy nie posiadałem, poza tym jestem leniwym gnojem i nie lubię biegać. Bramka to miejsce gdzie jestem ciut skuteczniejszy niż w polu, przez co czasem przypadkiem się coś ode mnie odbije. Gra toczyła się całkiem normalnie, do pewnego momentu... Ziutek dośrodkowuje w stronę Szpyrki, Szpyrka wyskakuje do główki, ale nie sięga piłki. Nie sięga jej bo na przeszkodzie stanąłem mu ja, wyskoczyłem jak moherowe babcie na ulice w niedzielny poranek, wyciągam się jak struna i lecę jak superman w powietrzu, czując się jak bohater we własnym domu. Koniuszkami palców sięgam piłkę uniemożliwiając Szpyrce oddanie strzału i tu nagle.....TRAAACH, JEB, DUP, CIUL.....własnie poczułem że coś stało się z moim małym palcem, niby nie boli ale jest jakoś dziwnie zgięty i pulsuje. Postanawiam zejść z boiska, zawodnicy widząc to podbiegają do mnie, rzucając różnymi diagnozami.
- eeee tam, pewno go wybiłem - pomyślałem udając się w kierunku ławeczek.
Przez jakąś chwilę wahałem się czy jechać z tym na pogotowie czy to olać, w końcu nie pierwszy raz z powodów boiskowych coś mnie boli. Po zakończonej grze poprosiłem jednak Szpyrkę by mnie wysadził na pogotowiu, w końcu od tego ono jest, gorzej niż symulantem mnie nie nazwą, 30 minut później już siedziałem na izbie przyjęć, ja i jakaś babcia. Grzecznie wyczekując na swoją kolej, dowiedziałem się że babcia miała kontuzjowany nadgarstek i zaliczyła na niego glebę, wystraszyła się więc przyszła sprawdzić czy nie narobiła sobie większych szkód, nagle w moim kierunku padło miłe "a pan na co czeka?" Na szóstkę w totka kurwa debilu - pomyślałem złowrogo.
Podszedłem do gościa, który okazał się być lekarzem i mówię mu że chyba coś nabroiłem w palca.
- Jak to się stało - zapytał lekarz, dość brutalnie ściskając mojego palca
- Boisko, piłka, palec - tyle udało mi się odpowiedzieć nim "delikatnie dałem mu do zrozumienia że uciskanie mojego palca nie jest rzeczą która sprawia mi przyjemność....wręcz przeciwnie to kurwa boli!!"
- Prześwietlenie i wraca pan do mnie - rzekł i zniknął jak moja premia za poprzedni miesiąc
Jak powiedział, tak uczyniłem...idę na prześwietlenie, standardowo gubiąc się na tym pieprzonym korytarzu, bo musicie wiedzieć że to mój debiut, nigdy wcześniej tam nie byłem...bo i po co.
Przed gabinetem RTG wita mnie kobieta, ok 40stki. Jej wyraz twarzy mówił: "coś sobie idioto zrobił? Po huj mi zawracasz głowę? Zdychaj w cierpieniach." Po przeczytaniu jej wyrazu twarzy "zaprosiła" mnie do środka, pstryknęła dwie fotki i odesłała spowrotem. 
20 minut później, zjawił się lekarz, prawdziwy celebryta, w niektórych momentach myślałem że pielęgniarka chciała od niego autograf....między nogami, najlepiej jego językiem. Po następnych dziesięciu minutach lekarz kapnął że jednak ten ciul z płytą w ręku na korytarzu to koleś którego pół godziny temu wysłał na prześwietlenie, zawołał 2 (słownie dwie) swoje małoletnie asystentki i zaprosił mnie do tzw. gipsowni. Jeszcze do porządku tam nie wszedłem a on do mnie;
- mam złe wiadomości, złamane i to w dwóch miejscach
- słucham?
-, złamane, no patrz pan na zdjęcie, ma pan szczęście że ten odłamek ma tylko 4 mm, gdyby miał 6 to byśmy operowali.
Wiele bym dał żeby zobaczyć moja minę w tym momencie
- o ja pierdole, to się wjebałem, złamałem coś, zaraz ta piłka ledwo leciała, 4 mm? 2 miejsca? OPERACJA?? ja mam jutro iść do pracy!! a on mi tu takie rzeczy opowiada, zachciało ci się ciulu - wszystkie te i wiele wiele więcej myśli przeleciało mi przez głowę w ułamku sekundy.
Gdy już doszedłem do siebie (o ile można to tak nazwać) nadszedł moment nastawiania, usztywnili mi palca, jakimś kawałkiem drzewa, podczas usztywniania, z racji brutalności...lekarz zebrał ode mnie z kolana po żebrach, co nie było najmądrzejszym posunięciem, bo stał się jeszcze bardziej brutalny. Po zakończeniu usztywniania, zapytałem czy widzi mnie jutro w pracy, mówię mu nic szczególnego, siedzę za biurkiem, klepie w klawiaturę, czasem podniosę jakiś tv. Stwierdził że wzrok ma dobry ale tego nie widzi.
- pięknie kurwa, laski będą wniebowzięte - pomyślałem
Po opuszczeniu pogotowia, ok 23 nadszedł czas żeby uświadomić je w jakim gównianym położeniu się znajduję. Zadzwoniłem do Eufegenii i Mandoliny. Po głosie wywnioskowałem że Eufegenia nie jest zbytnio zachwycona, ale cóż biedna miała uczynić, pogodziła się z faktem i tyle. Mandolinie powiedziałem że najchętniej poszedłbym do pracy, bo zawsze powtarzałem że nawet ze złamaniem praca w syfie nie jest zbytnim wyzwaniem. Mandolina delikatnie mówiąc stwierdziła że mam się iść leczyć i to na nogi bo na łeb już za późno.
- KURWA LUDZIE TO TYLKO PALEC, W DODATKU MAŁY!!!! - pomyślałem.
15 minut później, gdy wróciłem do domu i przyszło do normalnych wieczornych czynności okazało się jak bardzo się myliłem. Dzień później odwiedziłem "moje" drogie panie w pracy, z dupy próbując zobaczyć czy poradziłbym sobie z tą kontuzją. Delikatnie spróbowałem podnieść 32 calowy TV, kilka kg nic specjalnego, jeszcze go porządnie nie podniosłem a już dałem sobie spokój, poczułem się jak rażony prądem!! W tym momencie odpuściłem sobie ględzenie o pracowaniu z kontuzją . Od piątku minęły trzy dni a ja już do łba dostaję. Na domiar złego dziś byłem u lekarza, pooglądał jak się zrasta, wypisał L4....najdłuższe w moim życiu do 31 sierpnia.....
"A to przecież tylko mały palec"......

wtorek, 28 lipca 2015

Ludzie!!! Myjcie się!!

Jak wiecie w lipcu ogólnie panowały upały, większość ludzi mówiło - super!! świetnie!! zajebiście w końcu ciepło, mówiło.... po to by kilka dni później rzec "o ja pierdole te upały mogłyby się już skończyć, w zimę źle, bo piździ, latem chujowo bo grzeje w palnik. Ze mną tego problemu nie ma, dla mnie cały rok mogłoby być 15-20 stopni i wcale bym nie narzekał. Ktoś kiedyś stwierdził że irlandzki klimat sprzyjałby mi najbardziej...może...ale z racji tego że nawet porządnie nie potrafię gadać (ani pisać) po polskiemu a co dopiero w innym języku, temu kwitnę w naszym pięknym grajdole. Wracając do upałów, poza tym że na dworze człowiek czuje się jak ser na patelni, takie pogody mają jeszcze jedną wadę....SMRÓD jaki zostawiają za sobą ludzie. Choć smród towarzyszy im cały rok, to latem najbardziej da się to odczuć. Wiecie jak to jest być na kacu i o 8 rano obsługiwać człowieka który wodę to chyba tylko w telewizji widział? DRAMAT!!
Ludzie przechodzą samych siebie w temacie higieny, a raczej jej braku. Kilka dni temu przyszła do mnie taka parka, ludzie około 40stki, na pierwszy rzut oka całkiem normalni, wystarczyło że podeszli do okienka i zmieniłem o nich zdanie, waliło od nich tak jakby brali prysznic w gnojówce! Po czym zakupili sprzęt za 2500zł. Co ma piernik do wiatraka? Otóż, rozumiem, mniej majętnym ludziom odcinają wodę - fakt zdarza się to i przychodzą by dostać pieniądze po to by im ją znów włączyli, ale ludzie którzy wydają majątek (tak 2500 zł dla mnie to majątek) nie mogli by wydać kilku złotych na mydło?? W ten dzień ogólnie łaziło tylu śmierdzieli że ok godziny 17stej nie wytrzymałem i zapytałem kolejną osobę..... czy ty kurwa wiesz co to jest woda i mydło? Jebiesz gorzej niż murzyńska chata po obiedzie!! Był to smród potu alkoholowego a nie ma nic gorszego, mieszanina wybuchowa. Po jednym z takich klientów, który spędził u mnie 5 minut, weszła kobieta pooglądać biżuterię...weszła i wyszła bo nie dało się po takim kutasie oddychać, raz nawet ktoś zemdlał. Ja rozumiem ludzi zaraz po pracy, czy tam ludzi otyłych bo niestety tacy mają gorzej....ostatnio się nawet z nimi identyfikuję bo z gruchy ni z pietruchy wyjebało mi bęben jak pralce która nie używała calgonu. Ale litości!! I nie można tego tłumaczyć tym że byłem na dworze spociłem się i śmierdzę. Nieprawda ponieważ pozostali potrafili przyjść i nie wydzielać nieprzyjemnego zapachu, a wręcz przeciwnie, nawet potrafili ładnie pachnieć.....Także mam dla was mały apel. MYJCIE SIĘ!!!!
AMEN